Elsword Fan Fiction

Główna » 2016 » Marzec » 9 » Badania nad Czasoprzestrzenią: Prolog
09:25
Badania nad Czasoprzestrzenią: Prolog

- Impet Próżni! - krzyknąłem, przenosząc broń przed siebie i ustawiając cel na przeciwnika. Nazo Dynama nie zadawały zbyt wielu obrażeń fizycznych, jednak nadrabiały to wystrzeliwujące z nich promienie energii. Taa, te dynama były całkiem skuteczną bronią. W końcu sam je zrobiłem, więc jakże mogłoby być inaczej? Hahahahaha!
Rozejrzałem się po polu bitwy. Znacznie przerzedziłem oddziały wroga. Kłopot w tym, że co zabiłem kilka demonów, to zaraz na ich miejsce pojawiały się nowe. Tak było i tym razem. Nieskończona bitwa! To kocham!

Kocham, ale teraz nie mogę sobie pozwolić na dłuższą zabawę. Rudy chłopiec i jego ferajna z moim nazoidem gdzieś sobie spieprza, podczas gdy ja zabawiam się tutaj z bandą vargo-konserw.

Koniec tej zabawy! Uniosłem się do góry, skupiając wokół siebie energie. Wygenerowałem nad swoją głową bramę przywołania stref grawitacyjnych i już po chwili przywołałem tysiące gazowych kul, które z ogromną prędkością spady na moich przeciwników.
- Gwiazdobicie!

Opadłem na ziemię, zasłaniając twarz dłonią. Odruchowo zakryłem lewe oko, pomimo że osłaniała je już opaska ochronna. Wokół mnie właśnie rozpętało się mini-piekło, powstałe wyłącznie z mojej zasługi. Odłamki ciał niebieskich, jakieś pyły, żwir, wszystko to rozpierzchło się na wszystkie strony w szaleńczym pędzie, uniesione impetem powstałym po zderzeniu się gwiazd z ziemią. Kilka kawałków, których nie udało mi się w porę odbić moimi nazo dynamami, smagnęło mnie po twarzy, zostawiając płytkie, pociągłe ranki. Nowe blizny do kolekcji. Powinienem zacząć nosić maskę na twarzy czy coś takiego, bo w takim tempie wkrótce cała moja twarz pokryje się nieciekawie wyglądającymi, wypukłymi szramami. No cóż, ale nawet jeśli się tak stanie to przecież nie będę nad tym płakał. Prawda? Prawda??!

Kukuku... nie, nie będę.

Wskoczyłem na swoje dynama, unosząc się na nich w górę, ponad chmurę pyłów. Po gwiazdobiciu zwykle tak to już wyglądało. Zapewne, kiedy pył już opadnie, na całym obszarze działania umiejętności będą kratery i to, co zostało z gwiazd. Żaden z Vargo-żołnierzy nie mógł przeżyć czegoś takiego. Wszystko było już pozamiatane. To wasz koniec. Niestety, nie byliście na tyle wartościowi, żeby stać się moimi obiektami eksperymentalnymi. Teraz muszę się pośpieszyć i odnaleźć Elsworda!

Już od kilku dni za nimi podążałem. Interesowała mnie tylko jedna z nich, jednak przemieszczali się oni w grupie. Śledziłem ich już od jakiegoś czasu, jednak zawsze trzymali się razem. Wyczekiwałem momentu, w którym się rozdzielą lub będą na tyle osłabieni, żebym dał radę całej siódemce. Żaden z nich z osobna nie mógł mi zagrażać, jednak razem byli silniejsi ode mnie. Na moje nieszczęście, moment ten wciąż i wciąż nie nadchodził. Chyba moja szczęśliwa gwiazdka przestała nade mną czuwać... prawdopodobnie ją zrzuciłem i to dlatego... kukuku... Gwiazdobicie... kukuku...

Idąc za nimi, siłą rzeczy dowiedziałem się co nieco o członkach ich tęczowej ferajny. Rudy chłopiec, którego nienawidziłem z całego serca za zniszczenie Serca Altery, zwał się Elswordem. Lubił machać mieczem i głośno krzyczeć. Irytujący przywódca całej bandy. Do tej pory nie rozgryzłem, jak sprawił, że reszta uznała go za przywódce. Był całkiem słaby. Rozgniótłbym go jednym palcem, gdyby stanął ze mną do walki.

Rudy chłopiec miał rudą siostrę. Imię jej było Elesis i w przeciwieństwie do nieogarniętego brata, który jedyne czym mógł się pochwalić był zapał przy machaniu mieczem, tak Elesis każdy ruch miała przemyślany, dokładny, diabelsko skuteczny, precyzyjny. Perfekcyjny. Osoba, której naprawdę się obawiałem, prawdopodobnie najsilniejsza z całej tęczowej drużyny.

Po Elswordzie i jego siostrze, jedną z bardziej wyróżniających się osób była nadęta czarodziejka. Cała różowo-fioletowa, otoczona mnóstwem gwiazdek i serduszek, krzyczała tak głośno, o ile nie głośniej, jak Elsword. Do Aishy strach było się zbliżyć na odległość mniejszą nić pięćset metrów. Dziewczyna była nieobliczalna. Wszędzie wokół wystrzeliwała z tej swojej różdżki te swoje kule. Potężna, lecz całkiem bezmyślna istota.

Aisha miała blondwłosą koleżankę. Cycatą koleżankę. A cycata koleżanka miała szpiczaste uszy i była elfem. Poza tym widać jej było majtki, kiedy robiła fikołki podczas walki. Jak dotąd tylko tyle się o niej dowiedziałem.

Była jeszcze jedna cycata koleżanka, w ogóle większość ich drużyny stanowiły kobiety... choć nie wszystkie hojnie obdarzone przez naturę. Dziewczyna miała ciemne włosy i czasem zamieniała się w lisa. Walczyła dzidą. Ara, strażniczka kamieni. Świetna na pierwszą linię. Średnio walczy, ale robi dużo zamieszania wokół siebie.

Kolejną blondwłosą, choć dość płaską, dziewczyną w ich grupie była niejaka Chung. Mało rozmowna, z ogromnym działem i ubrana w coś przypominającego kaftan bezpieczeństwa. Przez swój sterylnie biały kaftan i odstające jasne włosy, chwilami przypominała mi mysz laboratoryjną. Chętnie dołączyłbym ją do swojej kolekcji obiektów eksperymentalnych.

Jedynym prawdziwym mężczyzną w tym gronie był Raven. Ciemnowłosy półnozoid-męczennik. Zwykle chodził skwaszony i cholernie poważny. Denerwował mnie. Posiadał wspaniałą nazo-łapę, która ogromnie mnie fascynowała. W dodatku, Raven był dość silny. Chętnie bym przeprowadził sekcję jego zwłok. Żywy... mam wrażenie, że nie żywiłby do mnie żadnych cieplejszych uczuć.

Ostatnią z ich grupy, cichą, mało wyróżniającą się wśród tych kolorowych krzykaczy, była Eve - antyczny nazoid. Znalazłem jej ślady w uszkodzonym hibernatorze i kilka dni temu udało mi się ją odnaleźć. Fascynowała mnie. Jej technologia, jej siła... to było to, czego pragnąłem najbardziej na świecie. Zaślepiło mnie to pragnienie, przyćmiewając nawet moje zainteresowanie badaniami nad czasoprzestrzenią. Jej kod... to było niezwykłe! Muszę ją mieć, muszę ją poznać... rozebrać... kukuku... kawałek po kawałku, na części pierwsze... kukuku. Twój kod, Eve, jest już mój.



Kategoria: Opowiadanie | Wyświetleń: 68 | Autor: Kathe | Ocena: 5.0/1
Liczba wszystkich komentarzy: 0
avatar
Copyright Kathe © 2017