Elsword Fan Fiction

Główna » 2016 » Marzec » 9 » Badania nad Czasoprzestrzenią: Rozdział 1
09:31
Badania nad Czasoprzestrzenią: Rozdział 1

Westchnąłem przeciągle, opadając gdzieś nieopodal strumienia przecinającego dolinę. Wiedziałem dokładnie, gdzie byliśmy. Skanowałem cały mijany przez siebie teren, rozszerzając swój zbiór map o nowe miejsca - chociaż jeden pożytek z podążania za elgangiem. Moim celem było schwytanie Eve - antycznego nazoida. Gdybym tylko miał ku temu sposobność...

Elsword i jego banda trzymali się razem przez cały czas, czemu się zbytnio nie dziwiłem. Znajdowaliśmy się w kompletnej dziczy, poruszanie się samemu po tym gąszczu byłoby zwykłą głupotą. Nie wiadomo, jakie potwory czekają na nas w owej głuszy. Byliśmy w tej części kontynentu Elios od wieków nie odwiedzanej przez ludzi. Najbliższa osada znajdowała się wiele dni drogi stąd. Nawet gdyby coś się komuś stało, nikt nie przybyłby na pomoc. Pewnie nawet nie odnaleziono by ciał, jeśli zdarzyłby się jakiś nieszczęśliwy wypadek... I dlatego było to miejsce idealne dla uprowadzenia nazoida - nikt nie dziwiłby się zaginięciu kogokolwiek w tak niebezpiecznym miejscu. Hahahaha!

Ta... niestety na idealnym miejscu wszystko się kończyło. Byłem potężny, to prawda, jednak nie dałbym rady całej siódemce drużyny Elchłopca, nie mówiąc już o nim samym. Moja Eve nigdy nie oddzielała się od grupy, jej program był doskonały, więc na pewno przeanalizowała szanse na przetrwanie w grupie i na własną rękę. Wiadomym było, która opcja wypadnie korzystniej. Nie było więc szans, by nawet na krótką chwilę oddzieliła się od elgangu, tego byłem pewien.

Z powodu, że schwytanie Eve po cichu było praktycznie niemożliwe, musiałem znaleźć na to inny sposób. Pierwszym, co mi przyszło do głowy było załatwienie ich jedno po drugim, jednak żadne, jak na złość, nie chciało choć na chwilę oddalić się na tyle, by dane mi było to zrobić. No może poza rudym chłopcem, ale gdybym tylko się do niego zbliżył, chcąc z nim walczyć, ten zacząłby się drzeć jak dzika kuna i zaraz zbiegłaby się tu cała jego ferajna. Czyli pomysł odpadał.

Musiałem wymyślić coś innego. Nie miałem zbyt wielu możliwości. Może i ich przywódca był głupi, jednak pozostali trochę oleju w głowie mieli i skutecznie wybijali swojemu narwanemu przywódcy jego idiotyczne pomysły z głowy.

Zastawiłem wiele pułapek, jednak żadna z nich nie działała przez Eve, która analizowała otoczenie w równym, jeśli nie dokładniejszym, stopniu jak ja. Ich obozy były doskonałe. Rena była mistrzynią w zastawianiu pułapek. Niektóre z nich były tak zmyślne, że nigdy bym o zrobieniu czegoś tak przebiegłego nie pomyślał. W kilka o mało co sam nie wpadłem. Rena, będąc elfem, władała siłami natury, dlatego też niektóre z zasadzek nie mogły zostać wykryte nawet przez moje super czułe sensory.

Poza Reną, teren wokół ich obozowiska strzeżony był przez czarodziejkę Aishę. Z obozowiska elbandy co jakiś czas nadlatywały w stronę lasu przyzwane przez nią zjawy Angkora - były to małe demoniczne nietoperze o grubych ciałkach niesionych na malutkich skrzydełkach. Leciały przed siebie w noc i jeśli dopadły jakiegoś przeciwnika, kurczowo się go chwytały, a po kilku sekundach wybuchały. Miały bardzo wczepne łapki. Wyrwanie się z ich pazurków było prawdopodobnie niemożliwe. Raz załapał mnie jeden z wysłanników mrocznej czarodziejki. Na szczęście dla mnie, wyglądało na to, że nietoperze nie miały innego zastosowania niż jedynie odstraszanie ewentualnych przeciwników... inaczej elgang już by o mnie wiedział.

Uniosłem się na swoich dynamach w górę i spojrzałem ponad drzewami na szykującą się do nocy zgraje dzieciaków. Aisha zbierała manę i zapamiętywała jak najwięcej potężnych zaklęć. Rozgryzłem już jej nietypową umiejętność. Dziewczyna, po chwili stania w bezruchu, przechodziła w tryb nauczania, a nad jej głową pojawiał się fioletowy emblemat. Była w stanie zapamiętać do trzech zaklęć, dlatego wybierała jedynie najpotężniejsze z nich i wymagające największej ilości many. Widziałem już jej Błyskawicę i była to naprawdę potężna umiejętność - zadawała wiele obrażeń i była w stanie ogłuszyć przeciwnika. Ciekaw byłem jej pozostałych zaklęć, jednak nie dane było mi ich ujrzeć. Były one chyba zarezerwowane na czarną godzinę. Zazwyczaj podczas walki Aisha chowała się za innymi, ładując manę. Była dość słaba w atakach fizycznych, a bez many była praktycznie niczym, jednak kiedy wchodziła do walki z zapamiętanymi zaklęciami i naładowaną do pełna maną - była destrukcyjną siłą... choć wcale na silną nie wyglądała. Cóż, pozory mylą.

Przemieściłem się na dynamach na najbliższe drzewo i ciężko opadłem na jego gałąź, opierając się plecami o jego pień. Niestety, moje nazo-dynama nie mogły utrzymać mnie zawieszonego w powietrzu przez wieczność. Poza tym, im więcej ich używałem, tym szybciej spadała ich trwałość, a w tej zapomnianej przez bogów części Elios, nie miałem nawet co liczyć na to, że spotkam jakiegoś kowala, który w razie potrzeby naprawi moją broń czy zbroję. Musiałem więc naprawdę uważać. Elbanda wspierała się nawzajem i na zmianę walczyła przeciw demonom, przez co wytrzymałość ich ekwipunku spadała wolniej niż wytrzymałość takich moich przedmiotów. Powinienem skonstruować sobie więcej kompanów nim wyruszyłem za Elswordem, nie przewidziałem jednak, że tak długo zamierzają błąkać się po dzikich terenach. Cholera...

Zdawało się, że tęczowa drużyna czegoś szuka. Czego właściwie? Ara, długowłosa strażniczka, niosła w rękach jakąś mapę. Wysłałem jednego z moich dronów, by dowiedzieć się, co owa mapa w ogóle przedstawia. Na zrobionym przez robota zdjęciu widniała niestety tylko pusta kartka. Pewnie mapa zabezpieczona była jakimś zaklęciem czy pieczęcią, która uniemożliwiała osobom postronnym odczytanie jej zawartości. Szlak by trafił te cholerne magiczne zabezpieczenia, przez nie nie wiedziałem, gdzie idę!

Nie miałem pojęcia dokąd idziemy, nie miałem pojęcia czego szukamy, nie miałem pojęcia czy przez całą tą cholerną wyprawę nadąży się choć cień szansy na ujęcie Evy. Argh!! Sytuacja beznadziejna, tym bardziej, że kończyły się moje uzdrawiające eliksiry. Byłem w kropce.

Zostawała mi jedna, nieco złudna nadzieja, że ostatni z moich pomysłów zadziała. Był trochę naiwny. Chciałem uprowadzić Elchłopca.

Ta, już samo zamierzenie brzmiało głupio, co dopiero głupim było myślenie o jego realizacji. Plan był taki, że pojmę rudego chłopca i zostawię jego wyznawcą list z żądaniami. Każę im odnaleźć miejsce, w którym ukryłem Elsworda w ciągu, powiedzmy, doby. Jeśli im się nie uda, po tym czasie chłopak zginie.

Elsword nie będzie oczywiście nigdzie ukryty, będę go nosił ogłuszonego cały czas ze sobą na nazo-dynamach. Jeśli tęczowa drużyna choć trochę zbliży się do miejsca naszego położenia, od razu przeniosę się gdzieś indziej. Zdesperowani, nie mogąc znaleźć swojego lidera i będąc pod presją kończącego się limitu czasu, spanikują. Rozdzielą się i zaczną desperacko przeszukiwać puszczę. To będzie moja szansa. Rozproszeni i zdekoncentrowani, nie zauważą, kiedy pożyczę sobie ich antycznego nazoida. Kiedy chwilę później oddam im Elchłopca, będą tak szczęśliwi, że zupełnie nie zwrócą uwagi na brak robocika. Nie sądzę, żeby bardzo przejęli się stratą Eve. Nie umieli wykorzystać jej potencjału. Hahahaha! Nawet nie próbowali! Co oni mogą wiedzieć? Ja jeden zdaję sobie sprawę z prawdziwej wartości Eve, ja jeden w pełni wykorzystam jej możliwości. Przecież ten robot aż krzyczał, żeby go porwać, by zbadać jego tajemnice! Elbanda tego nie rozumiała.

Tęczowa ferajna traktowała Eve ot jako zwykłego obrońcy, kolejnej osoby... kukuku, osoby... która może walczyć z demonami i ochraniać ich kochane Elios, zbierać kawałki Eldrytu, nieść pokój i pomoc mieszkańcom kontynentu... Co za brednie!

Eve była robotem. Antycznym nazoidem, do cholery! Nie jakimś zwierzątkiem, które można za sobą włóczyć i się z nim bawić w obrońców uciśnionych. Wykorzystywanie jej do walki z demonami było czymś skandalicznym! Kogo obchodziło Elios? Z jej kodem mógłbym zostać panem tego świata, a jeśli moje badania nad Czasoprzestrzenią się powiodą to mógłbym rządzić nie tylko światem, ale i czasem i przestrzenią. Władca absolutny, który zniszczy podległy sobie świat, by rządzić postapokaliptyczną utopią!

Zastanawiam się, czy nie sprzymierzyć się z demonami atakującymi Elios... chyba ułatwiłoby to realizację moich zamierzeń... Teraz jednak priorytetem była Eve. Poznanie kodu doskonałego antycznego nazoida. Jak już uda mi się z Eve, sprzymierzę się z demonami, zniszczę Elios, a później zostanę władcą czasu i przestrzeni. Moje cele były całkiem jasne. A wszystko zaczynało się od pewnego robocika...

Robocika, do którego zdobycia potrzebowałem Elchłopca...

A Elchłopiec był cały czas niańczony przez niańkę z włochatym tyłkiem i nazo-łapą. I tu był kot pogrzebany... Miau... kekeke.

Musiałem znaleźć sposób na Ravena. Półnazoid podążał za Elswordem wszędzie, gdzie ten by się nie udał. Wydawał się być jego cieniem.

Raven wyglądał na inteligentną osobę... bronił jednak tęczowej gromadki, a w szczególności ich rudego przywódcy, często z takim poświęceniem, że nie miałem wątpliwości, że gotów byłby oddać za nich życie... nic z tego nie mając.

Wiedziałem, że Raven podążał za Elbandą z własnej, nieprzymuszonej woli. Pewnie w imię swoich przekonań typu miłość, przyjaźń i braterstwo i inne pierdoły. Górnolotne słówka i nic więcej, kekeke...

Raven tracił przez to w moich oczach. Serio ludzie łapią się na tą bezinteresowność? Że co? Że niby Elsword w razie czego również odda za niego życie, że będzie go bronił do ostatniej kropli krwi? Ten dzieciak będzie spie*rzał szybciej niż wszyscy pozostali razem wzięci, jak już przyjdzie co do czego!

A nawet gdyby już mu pomógł to nie za nic. Przecież wiadomym jest, że każdy czegoś chce!

Potrząsnąłem ze złością głową. Muszę się Ravena jakoś pozbyć. Przez to, że nie odstępował Elsworda na krok, uniemożliwiał mi realizację mojego planu. A musiałem się śpieszyć. Moja broń nie była w najlepszym stanie, a zaopatrzenie kurczyło się w oczach. Skończy się na tym, że będę musiał porzucić śledzenie elbandy i powrócić do Peity - było to najbliżej położone od nas miasto.

Z moich obliczeń wynikało, że na powrót będę potrzebował trzech dni i szesnastu godzin oraz 17% trwałości przedmiotów. Mogłem sobie więc pozwolić na maksymalnie jeszcze cztery dni podążania za tęczową gromadką, pod warunkiem, że utrzymają obecne tempo. W razie jakiś komplikacji, dodałem oczywiście do swoich obliczeń błąd względny 30%, wszystko miałem pod pełną kontrolą.


Słońce chyliło się już ku zachodowi, a ja wciąż śledziłem oczyma ósemkę krzątających się przy obozowisku postaci. Tęczowa gromadka, co?

Każdy z nich ubierał się w innej kolorystyce, zazwyczaj odpowiadającej kolorowi ich czupryn. Przez ten wyraźny podział, można było odróżnić ich już z daleka, bez potrzeby używania żadnych przyrządów optycznych. Jaskrawoczerwoną, prawie nigdy nie pozostająca w jednym miejscu przez czas dłuższy niż 5 sekund, postacią był Elsword. Za Elswordem zwykle kręcił się czarno-pomarańczowy Raven. Fioletowa plamka czarodziejki Aishy zwykle pod wieczór trzymała się gdzieś z boku i nad stworzonym przez siebie kręgiem uzupełniała zapasy many - była to jedyna nieruchoma barwa. Podczas gdy Aisha zapamiętywała zaklęcia, inni przygotowywali obozowisko na przetrwanie nocy. Inni, czyli kolejno: Rena - zielony, Ara - złoto-brązowy, Chung - błękitno-biały, Elesis - ciemnoczerwony. Tęcza.

Wszyscy oni krzątali się teraz, przygotowując namioty i zastawiając pułapki na ewentualnych wrogów.

Ach, no i jeszcze mój nazoid. Biało-różowa plamka okrążała powoli teren, w którym się zatrzymali, skanując otoczenie. Była cudowna. Płynnie przemieszczała się po okręgu, utrzymując stałą wysokość i tempo. Była idealna! Dokładnie przebadałem trajektorię jej ruchu i nie posiadała ona żadnych, choćby najmniejszych wahań. Eve musiała idealnie wyliczać swoją odległość od podłoża, w czasie rzeczywistym wykonywać operacje arytmetyczno-logiczne, pozwalające jej na tak idealne poruszanie się. Zero zakłóceń. Perfekcja! Coż za moc obliczeniowa!

Wszystko to przez jej doskonały kod, którego z każdą chwilą patrzenia na tą doskonałość pragnąłem bardziej i bardziej... zresztą nie tylko jej kodu. Chciałem całej Eve - jej procesora o tak ogromnej mocy obliczeniowej, jej pamięci z ogromem cennych danych, jak i wszystkich jej podzespołów posiadających przecież tak wiele nieodkrytych przez wieki tajemnic.

Przez cały czas zżerała mnie ciekawość, jak nazoid wygląda bez tych ludzkich ubranek, mających rzekomo upodobnić ją do człowieka. Chciałem jak najszybciej zedrzeć jej niby ludzką twarz i zobaczyć, co znajduje się pod nią. Nie rozumiem, jak można chciec upodobnić robota do człowieka. Przecież wiadomym było, że to pierwsze jest tysiąc razy doskonalsze. Nie było nic piękniejszego niż idealnie złożone, poprawnie pracujące układy elektroniczne, kontrolowane przez idealnie zaprogramowane układy sterujące. Mh, raj konstruktorów.

Wspiąłem się wyżej i usadowiłem wygodniej między gałęziami. Zamierzałem tu przespać noc.

Nie bałem się o to, że mógłbym spaść. Moje roboty miały wbudowany system ostrzegawczy, który uaktywniał się, jeśli mój poziom nachylenia zbyt szybko się zmieniał.

Oparłem się plecami o najgrubszą z gałęzi, stopy opierając na mniejszych gałązkach tak, że tyłek miałem uniesiony do góry. Teraz nie było mi wcale wygodnie. Było za to stabilnie. Ale i tak średnia pozycja do spania.

Uaktywniłem system zabezpieczający i przymknąłem powieki. Z doświadczenia wiedziałem, że nawet nie mam co próbować podejść Eve podczas snu w ich najeżonym pułapkami obozie. Poza tym, nieprzespana noc pogarszała mój czas reakcji, nie kalkulowało mi się czuwanie w nadziei na okazję. Tutaj w dzień czyhało zbyt dużo zagrożeń, żebym mógł pozwolić sobie na choćby minimalne obniżenie statystyk. Refleks był bardzo ważny podczas walki, której praktycznie nie dało się uniknąć na dzikich terenach. Lepiej się wyspać.
 

***



Elsword i jego banda wstali o wiele wcześniej niż ja. Zazwyczaj już tak było. Rena była rannym ptaszkiem i wstawała równo z nastaniem świtu. Elfka swoją krzątaniną budziła resztę drużyny i zanim cała tarcza słoneczna ukazywała się zza horyzontu, wszyscy już byli na nogach. Wszyscy oprócz Elsworda.

Ten rudy dzieciak, gdyby tylko mógł, to pewnie spałby do południa. Było jednak na jego poranne obijanie się lekarstwo w postaci rozwrzeszczanej czarodziejki. Aisha, pomimo swych skromnych rozmiarów w tej części ciała, miała ogromną siłę w płucach. Krzyki dziewczyny zawsze wyciągały Elchłopca z namiotu w porze śniadania... zresztą ja także używałem tego fioletowowłosego krzykacza w zastępstwie budzika. Dziś także mnie obudziła. Doskonale ją było słychać nawet z mojego drzewa, które było oddalone o jakieś pięćset metrów od ich obozowiska.

Mój nazoid pewnie spokojnie unosił się gdzieś nieopodal rozkrzyczanej czarodziejki, nic nie robiąc sobie z jej wrzasków i spokojnie czekając na łaskawe wyruszenie elgangu w dalszą podróż. Roboty nie miały uczuć, w tym również były doskonalsze od ludzi, dlatego Eve nie mogło denerwować zachowanie rozkrzyczanej bandy Elsworda. Ja na jej miejscu pewnie bym już ich wszystkich pozabijał.

Eve była taka inna od nich wszystkich - idealnie spokojna, cudowna, pracująca ściśle według swojego programu. Nie wykonywała żadnych irracjonalnych czynności, wszystko miała ściśle zaplanowane i nigdy nie robiła niczego bez wyraźnego powodu. Zupełnie nie pasowała do elgangu.

Patrzyłem spod półprzymkniętych powiek na świat przed sobą, próbując się rozbudzić. Wiał lekki wiaterek, temperatura w normie. Elbanda musiała zwinąć obóz. Ja nie musiałem nic, bo spałem na drzewie. Teraz leżałem sobie plackiem na gałęzi. Mh, przyjemnie.

Drużyna Elsworda szybko uwinęła się z pakowaniem. Zbyt szybko, jak dla mnie.

Z wysiłkiem dźwignąłem się do pionu i wskoczyłem na moje nazo-dynama. Strzelające kości niezbyt przyjemnie przypominały mi o miejscu, w którym spędziłem noc. Nie ma co się cackać, elbanda zaraz wyrusza w drogę, czas się zbierać.

Wzniosłem się ponad korony drzew, ustawiając się plecami do słońca. Zbliżyłem się do ich obozowiska na rozsądną odległość. Dzieciaki już były gotowe i właśnie ruszały w drogę.

W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, fioletowowłosa czarodziejka oddzieliła się od grupy i podeszła do strumienia. Kompani czarodziejki, równie zdziwieni jak ja, zatrzymali się zdezorientowani. Coś do niej mówili, jednak Aisha zupełnie ich nie słuchała, z zamyśleniem przypatrując się strumieniowi. Jakby mierzyła go wzrokiem, oceniała. Po chwili podeszła na sam skraj brzegu, jeszcze krok i znajdzie się w rwącej, lodowatej wodzie. Czy ona zwariowała i chce skoczyć? Keke, wiedziałem, że kiedyś do tego dojdzie, ale nie myślałem, że tak szybko. Osobiście nie chciałbym utonąć - układy scalone moich robotów źle reagowały na kontakt z wodą. Wygląda jednak na to, że czarodziejce odpowiada śmierć w strumieniu. Jej wybór. A mogła stać się całkiem interesującym obiektem eksperymentalnym...



Kategoria: Opowiadanie | Wyświetleń: 86 | Autor: Kathe | Ocena: 5.0/1
Liczba wszystkich komentarzy: 0
avatar
Copyright Kathe © 2018